święcie wierzę, że poezja uratuje mi życie

02.05.2015

20. Port Literacki Wrocław

No cześć.
Nie mam wierszy do pokazania, ale nie byłabym sobą, gdybym nie napisała jakiejś cienkiej relacji z Portu.
Planowałam wkleić ją w środę po napisaniu egzaminu z serologii grup krwi, ale mój organizm akurat na ten dzień zaplanował mi czterdziestostopniową gorączkę i inne atrakcje, więc musiałam to odłożyć. W związku z tym relacja może być trochę wyblakła i mniej szczegółowa, niż początkowo zakładałam.

Byłam na jednym spotkaniu w sobotę i na trzech w niedzielę. Byłabym też na Niewidzialnym chłopcu, gdyby przyszło mi do głowy, że wejście jest biletowane. Byłabym na większej liczbie spotkań w sobotę (przegapiłam m.in. Wiedemanna jadącego po Krynickim, tyle przegrać), ale zamiast tego wybrałam transmisję z The Metropolitan Opera emitowaną przez Nowe Horyzonty. Nie mam pojęcia o operze, moja wiedza to jedna pięćdziesiąta tego, co opowiada mi O. W każdym razie - Rycerskość wieśniacza była okej, ale bez szału, za to Pajace mnie zmiażdżyły i oczarowały, kocham.

Okej, do adremu.

Sobota - spotkanie Barbarzyńcy i nie z Foksem, Jaworskim i Wróblewskim, prowadził Baran. Scenografia: fotele fryzjerskie i tetakie dyngsy do trwałej ondulacji (nawiązanie do ponoć słynnego czytania wierszy w zakładzie fryzjerskim w Legnicy w dziewięćdziesiątym którymśtam).
Jestem w stanie zrozumieć, że jubileuszowy Port nieustannie oglądał się za siebie i rzewnie wspominał Forty i inne tam takie, że wyświetlano fragmenty nagrań ze starych festiwali etc. Niemniej jednak mam poczucie, że na tym spotkaniu było za dużo hermetycznego wspominania, które równie dobrze można by było przeprowadzić w mniejszym, kameralnym gronie zebranym na browarku (przynajmniej wszyscy uczestnicy byliby żywo zainteresowani i zaangażowani), natomiast za mało książek, wokół których teoretyczne spotkanie miało się odbywać.
Co nie zmienia faktu, że Darek Foks przeczytał calutki Tablet taty. Znowu. (Wcześniej zrobił to na marcowym Porcie Literackim po godzinach). Po dwukrotnym wysłuchaniu moja opinia jest taka sama, jak po jednokrotnym - Tablet taty jest słabą, monotonną, nudną książką o niczym, w dodatku próbującą udawać coś błyskotliwego i zabawnego. Cóż.
Za to Krzysztof Jaworski przeczytał, z tego co pamiętam, tylko fragmenty poematu z książki .byłem, a szkoda, posłuchałabym więcej, lubię.
Wróblewski był okej. Po prostu. Mam wrażenie, że mniej czarujący niż podczas spotkania w Łodzi w grudniu 2013 przy okazji Bierezina.

Niedziela - spotkanie Poeci na nowy wiek z Bargielską, Mueller i Szychowiak, prowadził Pasewicz. Scenografia: plastikowe krzaczki, ławeczki, huśtawki (których sznurki okrutnie przeszkadzały w oglądaniu materiałów filmowych) (nawiązanie do nie mam pojęcia czego).
Asia Mueller trafnie oddała to, co mnie gryzło w sobotę - cytat niedokładny "Czuję się kombatancko. I trochę mi głupio, bo państwo nie muszą być zanurzeni w tych naszych kombatanckich historiach". No.
Niemniej jednak podobało mi się bardzo, uwielbiam Asię, uwielbiam Justynę Bargielską, a Julię Szychowiak obserwuję na fejsuniu, doceniam za anegdotki z PolskiegoBasa i podziwiam za odwagę pisania krótkich wierszy, bo moim zdaniem pisanie bardzo krótkich i bardzo długich wierszy wymaga odwagi.
Nie złapałam tylko trochę formuły tego spotkania - w pewnym momencie znikąd (znaczy no, z widowni) pojawił się Roman Honet, który poopowiadał trochę o antologii Poeci na nowy wiek, którą redagował. Natomiast o ile Asia i Julia Szychowiak czytały "normalnie", w sensie gdzieś tam między gawędzeniem z Pasewiczem, o tyle czytanie Justyny Bargielskiej odbyło się na sam koniec, pozostali uczestnicy spotkana wyszli, a Bargielska czytała w samotności, siedząc na huśtawce.

Później zostałam na spotkaniu Ambasadorzy poezji z Sendeckim, Sośnickim i Tkaczyszynem-Dyckim. Prowadzącego brak. Scenografia jak wyżej (minus huśtawki).
Sośnickiego wrzucam do worka USYPIACZE (jest tam już Suska). Przepraszam, pewnie nie dorosłam.
Sendeckiego wrzucam do worka, w którym jest już Foks - po raz drugi wysłuchałam Przedmiaru robót przeczytanego od deski do deski. Jedyna przewaga nad Tabletem taty jest taka, że trochę lepiej się tego słuchało.
Nie wiem, jak to się stało, ale to było pierwsze spotkanie Dyckiego, na którym byłam. Nie wiem, jak się uchowałam. Zatem jeśli ktoś widział na żywo tę specyfikę, to mogę go zanudzić moim zachwytem neofity.

Dycki wstaje z ławeczki stojącej na scenie, rozkłada Kochankę Norwida, łapie ją lewą ręką i odgina tę rękę na plecy - wątłe złamane skrzydło z kartkami zamiast piór.
Przygarbia się, nie, wręcz zgina wpół. (Wyglądało to mniej więcej tak).
Czyta, pardon, recytuje, z rzadka tylko zerkając na wiersze zapisane na skrzydle, cedzi każde słowo niskim głosem, chrapliwie, robiąc przydługie pauzy, sapiąc, czasami teatralnie szepcząc. Kołysze się z prawą nogą cofniętą, lewą wysuniętą do przodu, ugina miękko kolana - leciutki wstrząs przechodzi przez całe jego ciało, kiedy kilka razy klęka.
Przy tym kołysaniu zbliżał się coraz bardziej do ziemi, jakby składając się jak scyzoryk, po czym w którymś momencie znienacka się wyprostowywał.
W czarnych wypłowiałych spodniach i ciemnoszarej rozpiętej koszuli przypominał mi trochę nietoperza.
Wiersze nie miały tytułów, początku ani końca, mieniły się od powtórzeń i mielonych w kółko motywów.
To wszystko było hipnotyzujące i wywołało w mojej głowie fantastyczną wizję - nie wyobrażam sobie, żeby Tkaczyszyn-Dycki umarł inaczej niż czytając wiersze na scenie, rzężąc o tym, że jego... matkę... deportowali... na sowiecką... Ukrainę..., rzężąc i składając się coraz ściślej, ptak ze złamanym skrzydłem, człowiek-nietoperz, człowiek-scyzoryk, który finalnie, w samym środku wiersza, kładzie się na deskach sceny zwinięty w kłębek i milknie.
Byłam pod wrażeniem. Jedyną wadą występu była dla mnie długość - forma wymagała od słuchacza skupienia, a utrzymanie skupienia przez dłuższy czas (nie jestem pewna, ile to trwało, pół godziny?) jest trudne i męczące. Mogłabym dokleić do tego drugą wadę - pretensjonalność - gdyby nie to, że ta pretensjonalność ni cholery mi nie przeszkadzała.

Ostatnim spotkaniem w Teatrze Współczesnym było czytanie z antologii 100 wierszy polskich stosownej długości. Stado ponad trzydziestu poetów na ławeczkach wśród plastikowych krzaczków. Nie wiem, co ekscytującego było w takiej liczbie i takiej formule. Współczuję uczestnikom konieczności siedzenia i nudzenia się na scenie, i nie dziwię się, że niektórzy poeci dyskretnie zwijali się zaraz po odczytaniu swojego wiersza.

Na koncert w Starym Klasztorze nie poszłam, bo szkoda mi było pieniędzy (i tak puściłam stówkę na książki) i bo musiałam się uczyć na zaliczenie z cytologii klinicznej.

Słowo o kupionych przeze mnie książkach:
.byłem Jaworskiego - cienka i bardzo przyjemna rzecz, mam plan głębiej wejść w wiersze Jaworskiego.
Kosmonauci Wróblewskiego - niektóre wiersze są bardzo. Całość, nie wiem, jest okej, ale nie miażdży ani nie wgniata.
100 wierszy polskich stosownej długości - antologia zbierająca czterdziestu czterech autorów, którzy wydali cokolwiek w BL i którzy co najmniej dwa razy pojawili się na Fortach/Portach. Ładnie wydana pozycja, w twardej oprawie z wstążkową zakładką, ładna okładka, ładna czcionka na okładce. Dużym minusem jest brak nazwisk przy wierszach, autorzy pojawiają się dopiero w spisie treści (i wykazie publikacji), co wymusiło na mnie nieustanne skakanie po stronach podczas czytania. Niewygodne fchuj. Nie przekonuje mnie argumentacja Artura Burszty przytoczona w "kilku słowach na koniec": "brak nazwisk w środku książki jest zachętą do czytania zbioru od pierwszej do ostatniej strony". Wut?
Dwupłat Szymona Słomczyńskiego - widziałam Szymona na Porcie tylko w przelocie, więc nie miałam okazji mu pogratulować wydania drugiej książeczki. Jeśli to czytasz, Szymon - gratulacje!
Jeszcze nie skończyłam czytać, bo jestem niereformowalna i dla mnie tomik to maksymalnie 30-40 wierszy (w zależności od ich długości), wszelkie dłuższe rzeczy mnie męczą. Na podstawie tego, co przeczytałam do tej pory, uważam, że Dwupłat trzyma poziom Nadjeżdża.
Poezji z Wysp - antologia poetek brytyjskich w tłumaczeniu Jarniewicza i Heydel - jeszcze nie ruszyłam.

Podobnoż w przyszłym roku Biurowa impreza ma zyskać nową, zgoła odmienną od dotychczasowej formułę. Przyznam, że nie mogę się doczekać.

PS
* Bargielska przefarbowała się na blond, a Honet zgolił włosy na zero; ponadto podczas czytań ze 100 wierszy... zamienili się tekstami, co było urocze
* czuję się rozczulona Portowymi wolontariuszami. Byli tak gorliwi w przeganianiu publiczności sprzed drzwi sali (do której można było wejść dopiero tuż przed spotkaniami), że nie pozwolili wejść m.in. Dyckiemu i Szychowiak (Dycki został dodatkowo zestrofowany za próbę wejścia na salę z browarkiem)
* drażniło mnie elektroniczne plumkanie serwowane jako tło muzyczne podczas czytań; jeśli plumkanie, to tylko na basie (o ile na basie da się plumkać; PS tak, jestem psychofanką basu), a w ogóle to tło do wierszy winno być gitarowe

30.01.2015

Nie mam nic do powiedzenia

Ale postanowiłam się odezwać.
Ostatni post wiszący na blogu jest z drugiego maja. Strasznie dużo zmieniło się we mnie od tamtego czasu, ale nic nie zmieniło się w wierszach, bo praktycznie nic nie piszę, przez ostatni rok napisałam trzy (sic!) wiersze: 1) o śmierci Paula Celana 2) o śmierci Grace McDaniels 3) o śmierci Adama Bochenka.
Zaryzykuję stwierdzenie, że nic nie zmieniło się w moich wierszach od listopada 2006 roku, kiedy zaczęłam pisać z myślą "bende suawno połetko", wtedy też pisałam o śmierci. Co trzynastolatka wie o śmierci. Co dwudziestojednolatka wie o śmierci. Co ktokolwiek wie o śmierci.
Uczyli mnie o śmierci na patomorfologii. Super, to fascynujące, że jeśli śmierć nastąpiła w wyniku zatoru powietrznego, to nie można normalnie otwierać ciała, tylko "trzeba dostać się do worka osierdziowego, ograniczając do minimum nacinanie powłok. Po uniesieniu lub odpiłowaniu mostka otwiera się worek osierdziowy i nalewa do niego wody. O zatorze powietrznym świadczy pojawienie się w wodzie baniek powietrza po nakłuciu komory prawej" (cytat za "Patomorfologią kliniczną" pod redakcją Stefana Krusia).
To nie wyjaśnia nic. To nie wyjaśnia tego, że człowiek, któremu właśnie otwieramy worek osierdziowy, kiedyś oddychał, chodził, przeklinał, jadł wołowinę i uprawiał brutalny seks, a teraz leży na metalowym stole i jest kawałkiem gnijącego mięsa i ktoś na pewno płakał nad tym kawałkiem mięsa.
Poświatowska coś kiedyś pisała, że nawet śmierć jest po stronie życia, bo nie ma żadnej drugiej strony, coś tam coś tam, pisała to chyba w swojej autobiografii, nie pamiętam, nie mam jej pod ręką.
Poświatowska umarła w wyniku komplikacji pooperacyjnych, zdaje się, że z powodu powikłań zakrzepowo-zatorowych. Jej własna krew postanowiła zostać małym buntownikiem, przejść z postaci płynnej w stałą i zatkać ważne naczynia. Nawet własnej krwi nie można ufać.
Jak to nie ma żadnej drugiej strony. Druga strona jest jak najbardziej i śmierć po niej jest, śmierć jest bezsensowna, śmierć jest nienaturalna, śmierć jest zaprzeczeniem.
Zło najstraszliwsze, śmierć, nie dotyka nas wcale, bo póki my jesteśmy, nie ma śmierci, a kiedy jest śmierć, nie ma nas, powiedział Epikur. Co Epikur wiedział o śmierci.
Magister L. obiecał, że zabierze nas na sekcję. Nie zrobił tego. Strasznie chciałam pójść, ale to by niczego nie zmieniło, więc wszystko jedno.
A, pardon, w tym miesiącu napisałam jeszcze dwa wiersze, czterowersowe, o ciele, ciało jest blisko śmierci, ale są brzydkie, zbyt osobiste i nie mają sensu i nie chcę o nich myśleć. W ogóle wolałabym nie myśleć, ale muszę, bo jest sesja i każą mi zakreślać jedną z czterech odpowiedzi. A na biochemii klinicznej pisać elaboraty. Nic nie wiem o biochemii.
Za to wiem, że ktoś czyta tego bloga, więc nie mówię tych głupot w próżnię. Dobrze mieć taką świadomość, to miło, że ktoś to czyta. Dziękuję.

PS
Sześć moich wierszy zostało wklejonych na stronę internetową Zeszytów Poetyckich, napisałam ten post tylko po to, żeby się pochwalić, pozderki

02.05.2014

19. Port Literacki Wrocław

Okej, poniżej długa, nudna i nieco spóźniona subiektywna relacja, poniżej relacji trochę ogłoszeń parafialnych.

Asia Mueller mi powiedziała, że dawno nie pisałam na blogu. Pomyślałam więc, że napiszę nową notkę, później pomyślałam, że jednak nie, później, że jednak tak, i tak tysiąc razy w kółko.

Bez wiersza tym razem, nie mogę patrzeć na moje wiersze.

Trzeci w życiu Port za mną.
W piątek byłam na spotkaniu z Asią Mueller, Justyną Bargielską i Martyną Buliżańską. Prowadził Karol Maliszewski. Bargielskiej i Maliszewskiego mogłabym słuchać bez końca, kocham ich poczucie humoru. Wierszy Bargielskiej też bym mogła bez końca, nie wyrosłam z nich jeszcze.
Asia mnie ponownie ruszyła fragmentami "Powlekać rosnące", czekam na wakacje jak na zbawienie, żeby móc wreszcie na spokojnie przeczytać tę książkę i tysiąc innych.
Martyna Buliżańska mi się nie podobała. Znaczy wróć, Buliżańska jak Buliżańska, Buliżańska jest piękna i z tego, co wiem, nie jestem pierwszą osobą, która pisze o urodzie Buliżańskiej zamiast o jej twórczości. No więc Buliżańska jest piękna i czyta w sposób, który mnie drażni. Ale słyszałam, że była bardzo zestresowana, więc w sumie rozumiem.
Niezmiernie miło będę wspominać pogawędkę z Asią Mueller, która odbyłam po spotkaniu, uwielbiam Asię za to, że słuchała mojego ekscytowania się histologią (histologia jest wspaniała, dopóki nie trzeba się jej uczyć na pamięć) i ogólnie moimi studiami.
W sobotę pół dnia przesiedziałam w teatrze współczesnym, bo Dehnel-Słomczyński-Zawada, bo Ukraińcy, bo Bonowicz-Jaworski-Podsiadło, bo spotkanie nt. tłumaczeń Audena i Madacha prowadzone przez Kasię Fetlińską.
Jacek Dehnel bardzo ładnie czytał i bardzo sympatycznie rozmawiał z Zofią Król prowadzącą spotkanie. Ale co innego mogę powiedzieć jako psychofanka Jacka Dehnela? I co innego mogłabym powiedzieć, skoro Jacek Dehnel jest świetny?
Odnoszę wrażenie, że Szymon czytał, hm, trochę płasko i mało dynamicznie, może miał zły dzień, może ja miałam zły dzień i stąd moje wrażenie, w każdym razie mój ulubiony jego wiersz, Wysokie obroty, brzmiał mi najlepiej, kiedy słyszałam go pierwszy raz - podczas Połowowych warsztatów. Teraz, na Porcie, o wiele mniej wgniatał w fotel.
Filip Zawada jest nieskończenie sympatycznym i nieskończenie zabawnym człowiekiem, wprawdzie jego książeczka Trzy ścieżki nad jedną rzeką sumują się niespecjalnie do mnie trafia, bo jakoś kompletnie nie moja estetyka, ale i tak go podziwiam za tę książeczkę, podobnie jak za Świetne sowy.
Ołeksandr Irwaneć jest niesamowicie podobny do mojego ukraińskiego wuja Wołodii, jeśli chodzi o zachowanie i sposób mówienia. To naprawdę cudowne. A Andrij Lubka jest piękny, doprawdy nie umiem znaleźć lepszego i bardziej celnego słowa. No i uwielbiam słuchać Ukraińców mówiących po polsku.
Na Jaworskim i Podsiadle bolała mnie głowa i drażniło to, że sala jest pełna. Niestety, nie jestem w stanie powiedzieć niczego głębszego.
Kasia Fetlińska jest świetną prowadzącą, ogromnie ją podziwiam. Tutaj też niczego głębszego nie będzie, bo, niestety, na tym spotkaniu byłam już nieznośnie zmęczona i miałam trudności ze skupieniem uwagi.
Ogólnie przyjemna impreza, wrocławski teatr współczesny też przyjemny, ze swoim śmiesznym żyrandolem, który zjeżdżał z sufitu i wyglądał przy tym, jakby miał intencję zatrzymać się na głowach bohaterów spotkań.



Okej. Ogłoszenia parafialne:

7 maja w kawiarni 212! w Sky Tower we Wro odbędzie się spotkanie autorskie wokół najmłodszej połezji polskiej. Pięcioro dzieciaków - Bąk, Iwińska, Sierszyński, Różewicz i ja - będzie ględziło o pokoleniu i środowisku i czytało swoje wiersze. Jeśli ktoś akurat będzie w pobliżu, to zapraszam. Linkuś do wydarzenia na fejsiku tutaj.

Po finale Bierezina humor me pytał, czy wiersze finalistów będą gdzieś publikowane, ja twierdziłam, że nic o tym nie wiem, więc raczej nie. Kłamałam - wierszątka nominowanych wydrukowali w 17. numerze "Arterii". Jeszcze nie wiem, czy polecam, bo nie miałam tego w rękach. Ale jest tam mój smutny wierszyk o lisie, więc a co tam - polecam, zapraszam, być może w jakichś empikach jest (we Wro ni ma, nie wiem, jak w Łodzi czy gdzieś).

18.12.2013

XIX Bierezin

Ostrzegam, będzie długo i nudno. Żeby nie było, że nie ostrzegałam.
A więc - przed państwem nieco spóźniona, subiektywna, impresyjna i fragmentaryczna relacja z finału XIX OKP im. Jacka  Bierezina odbywającego się w ramach VII festiwalu Puls Literatury.
Jak wyglądała Łódź o 17:23, kiedy majestatycznie wytoczyłam moje szanowne cztery litery z pojazdu firmy PolskiBasDatKom? Łódź była zimna, ciemna i rozkopana (remont ul. Mickiewicza; podejrzewam, że podobnie wyglądało wnętrze ciała Mickiewicza, kiedy umierał na cholerę; moja pani profesor od epidemiologii byłaby zachwycona, serio).
Podczas spotkania z Krystyną Dąbrowską jakiś starszy pan powiedział, że wiersze Dąbrowskiej trącą banalizmem i są ubogie myślowo mimo bogatej rekwizytorni. Później jeszcze coś o nagrodzie im. Wisławy Szymborskiej i o tym, że Dąbrowska to Szymborskiej do pięt nie dorasta.
Niespecjalnie lubię wiersze Krystyny Dąbrowskiej. Byłam nastawiona raczej pozytywnie dzięki rozmowie Dąbrowskiej z prowadzącym spotkanie Przemysławem Owczarkiem (Dąbrowska mówi ładnie i ma śliczną barwę głosu), ale kiedy zaczęła czytać, mój entuzjazm osłabł. Metafora "rzemyki czułości" do teraz budzi we mnie strasznie mieszane uczucia.
Lubię Grzegorza Wróblewskiego za to, że na niektóre pytania Krzysztofa Hoffmana odpowiadał czytając wiersz i twierdząc, że to wystarczy za odpowiedź. I za to, że nie dał się zbić z tropu panu Heniowi uporczywie dopytującemu o sens wiersza "słodkie życie", w którym pojawia się Matka Boska i świnia ocierająca się o drzewo (po trzykroć).
Spotkanie z laureatem XVIII Bierezina, Pawłem Tomankiem, też było okej, Tomanek wydaje się być sympatycznym człowiekiem.
O wierszach współfinalistów niewiele jestem w stanie powiedzieć. Fascynuje mnie to, że Maciej Burda rozciągnął projekt "Wiersze dla ufo. Zwiastun" (antologia Połowu 2011) w książkę "Wszystkie wiersze dla ufo", chętnie bym ją przeczytała. Poza tym zrobiły na mnie wrażenie teksty Piotra Przybyły.
Był też koncert zespołu Bruno Schulz. Wokalista wygląda trochę jak Billy Corgan ze Smashing Pumpkins, a przy dwóch piosenkach próbował tańczyć jak Ian Curtis z Joy Division. Wywracał też pretensjonalnie oczy białkami na wierzch przy plumkaniu klawiszowych solówek. Ale za to projekcyjki, które były wyświetlane za plecami muzyków, strasznie mi się podobały - polujący ryś, żyjątka spod mikroskopu, wylęgające się komary etc. Tekstowo niespecjalnie.
Książkę wydrukują Tomaszowi Mielcarkowi. Pełen werdykt tutaj i w innych miejscach internetów.
Krzysztof Kleszcz, kiedy staliśmy w kolejce do księgowości, powiedział: "Siedziałem kiedyś w ławce z Anną Adamowicz. Ale to nie byłaś ty".